Nie wiem, jaki dać tytuł

Jeżeli człowiek, który najbardziej ze wszystkich w tym kraju polityków po roku 89., po 80, a nawet po 70, pogardza ludźmi myślącymi inaczej niż brzmi jego obłąkana smoleńska ideologia i tych pogardzanych oskarża o przemysł pogard, to znaczy, że… No, właśnie nie wiem, co to znaczy.

Jeżeli polityk, który otwarcie przyznaje, że wierzy w zamach a ci, którzy nie wierzą, żyją jak w sekcie, to znaczy, że… No, właśnie nie wiem, co to znaczy.

Ten pierwszy to Kaczyński, a drugi Hofman. Najciekawsze jest to, że już po kilkunastu, kilkudziesięciu dniach po katastrofie, wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego i innych polityków PiS, takich jak Brudziński, Hofman właśnie, Kurski, Kamiński (tak, tak, ten wywalony Kamiński, zresztą, obydwaj), opinia publiczna zaczęła „oskarżać”, to może za duże słowo, ale dostrzegać u nich język nienawiści. Po wyborach prezydenckich w 2010. dla wszystkich rozsądnie myślących w tym kraju stało się jasne, że PiS posługuje się językiem nienawiści. A kiedy Macierewicz rozpoczął swoją obłąkańczą misę wyjaśnienia przyczyn zamordowania prezydenta Kaczyńskiego, przemysł pogard PiS-u rozwijał się w oszałamiającym tempie. I dziś osiągnął swoje apogeum, chociaż to nie jest jeszcze ostatnie słowo.

Już podczas walki w obronie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, normalnie, rozsądnie myśląca część opinii publicznej, zaczęła nazywać tych ludzi wyznawcami. Najpierw Lecha Kaczyńskiego. Później, kiedy zaczęły się marsze z pochodniami, takie same jak w latach trzydziestych w Niemczech, kiedy zaczęto śpiewać zmienioną pieśń religijną i wołać „Jarosław, Polskę zbaw”, Jarosława Kaczyńskiego. Stało się jasne dla społeczeństwa (tak pozwolę sobie nazywać rozsądną część obywateli), że ci ludzie wyznają religię smoleńską i są członkami tej sekty.

A było to ponad dwa i pół roku temu.

Prezes Kaczyński niemal od razu połapał się w tym, że najskuteczniejszą obroną jest atak i bardzo szybko zaczął odwzajemniać oskarżenia o mowę nienawiści, później o przemysł pogardy. Zadziałało – media natychmiast o kupiły i zaczęła się historia ”O dwóch takich, co używają wobec siebie mowy nienawiści”. Kompletnie fałszywa historia, kompletnie niesprawiedliwa, bo absolutna większość polityków wszystkich opcji (w tym partii rządzącej i samego Tuska) obchodziła się i obchodzi z Kaczyńskim, jak z przysłowiowym jajkiem. Pojedynczy politycy, jak Palikot, Niesiołowski, czasem Halicki i sporadycznie jacyś inni, powiedzieli coś ostrego, czy bardzo ostrego na jego temat. Tymczasem PiS, całą niemal ławą atakował rząd, prezydenta, polityków PO i media i to wytaczając działa potężnego kalibru. Do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego media wymyśliły historię „O dwóch takich, co…” i z uporem maniaka opowiadają ją do dziś.

Ponieważ numer z mową nienawiści i przemysłem pogardy zadziałał, nie tylko w mediach, ale również w głowach Polaków, zresztą, właśnie dlatego w ich głowach, że w mediach, Hofman wyskoczył ostatnio z sektą. Media jakie są, każdy widzi i jest dla mnie jasne, że już wkrótce powstanie w nic nowa historia. Historia ”O dwóch sektach, co posługują się wobec siebie mową nienawiści”. I znów będzie kompletnie fałszywie i kompletnie niesprawiedliwie.

Ale ja powiedział pewien, samozwańczy zresztą, klasyk gatunku „Media pokazują to, co widzowie chcą oglądać”, zakłamując indoktrynowanie przez siebie (te media) owych telewidzów, według przewidywanych zysków z reklam, uzależnionych od programowego menu.

Bezwstydnie więc PiS kradł, kradnie i będzie kradł oskarżenia pod swoich adresem, przekierowując je na przeciwników. Co tam przeciwników, nazwijmy rzecz po imieniu: śmiertelnych wrogów.

Swoją drogą, nazywanie „wiedzą”, opieranie się się na dowodach „uczonych najwyższej, światowej klasy” i nazywanie „wiarą – sekciarstwem”, opieranie się na raporcie stworzonym przez specjalistów od katastrof lotniczych, to dla mnie jakiś matrix, jakieś… sen, czy coś…

Media odgrywają w naszej dzisiejsze rzeczywistości pierwszoplanową role. Nie dlatego że pokazują te obłąkańcze rocznice i inne pisowskie konferencje. Nie dlatego, ze zapraszają do swoich stacji, gazet i rozgłośni tych ludzi i pozwalają im mówić. Ale dlatego, że nierzetelnie, nieuczciwie pokazują, przekazują, relacjonują i komentują rzeczywistość. Idzie mi oczywiście o relacje PiS – „reszta świata”.

andy lighter

„Święto PiS-u”

Dziś już wiadomo, że 10. kwietnia każdego roku, jest kolejnym świętem państwowym: „Dniem PiS-u”. Prawo i Sprawiedliwość oficjalnie zapowiedziało zajęcie Krakowskiego Przedmieścia na cały dzień i zażądało, żeby im nie przeszkadzać. Ze wstydem przyznaję, że, niestety, władze państwowe i warszawskie „przyjęły to do wiadomości”. Zupełnie jak w powiedzeniu: „Pan każe, sługa musi”.

Obchody zaczęły się zresztą wcześniej. Oto już 8. kwietnia wdowa po generale Błasiku opowiadała, jak to zbezczeszcza się pamięć jej męża, jak on dbał o lotnictwo, jak nie ulegał żadnym politykom, wykłócając się o dobro swoich podwładnych. Pani generałowa zapewne przez zapomnienie nie dodała, że jej mąż nie zrobił nic po katastrofie w Mirosławcu, że jej mąż był ulubieńcem prezydenta, czego dowodem są jego niespotykanie szybkie awanse, że wbrew wszelkim procedurom, jej mąż, a nie kapitan samolotu meldował prezydentowi gotowość samolotu do startu.

A minister kultury na to, że wdowy, rodziny mają szczególne prawo do bólu…, itd. Państwo zresztą idzie dalej. Dużo dalej. Zarówno komisja Milera, jak i prokuratura. W cudowny sposób zniknęły promile z organizmu gen. Błasika, chociaż wiadomo, że będąc bliskim współpracownikiem innego generała, charakteryzującego się koloratką zamiast krawata abstynentem być nie mógł, a w tym feralnym locie nawet nie musiał. W ciele prezydenta promili w ogóle nie było, chociaż wiadomo, że poprzedniego wieczora, do późna, nieźle zabalował (z doświadczenia wiem, że promile nie mają zdolności ani ochoty, szybko organizm człowieka opuszczać). Państwo (prokuratura z pomocą Instytutu Ekspertyz Sądowych Sehna) zadbało o to, aby z czarnych skrzynek, w cudowny sposób zniknął głos generała Błasika, nie tylko jako nierozpoznany, ale w ogóle głos zniknął. W nagrodę Instytut dostał dofinansowanie.

Państwo (prokuratura) w ogóle pomija wątek odpowiedzialności za lot z 10. kwietnia Kancelarii Prezydenta, BBN-u, przerzucając ją (tę odpowiedzialność) na Kancelarię Premiera i UOP. W ogóle nie jest ruszana kwestia odpowiedzialności za listę pasażerów feralnego lotu. Nawet gdyby… (przepraszam, ale skoro tak miało być…), zginęła para prezydencka i kilka osób, ok. 90, 80, dalej by żyło. Nigdzie na świecie, nigdy, nie zdarzyło się, aby prezydent jakiegokolwiek kraju brał na pokład samolotu, którym ma lecieć, tylu VIP-ów. Jedynie prezydent RP, ten prezydent – Lech Kaczyński, tak potrafił. Zresztą, praktykował już z VIP-ami z innych krajów, w dodatku zabierając ich na teren objęty wojną. Wyjątkowy cynizm, wyjątkowa buta, wyjątkowa „ważność”. Te cechy były zresztą jego znakiem firmowym.

Nie mogę pojąć, dlaczego tej ostatniej kwestii nie rozumieją niektóre rodziny ofiar katastrofy, nie tylko nie artykułując pretensji do byłego prezydenta i jego ludzi, ale jeszcze bijąc mu pokłony i śpiewając mu hymny pochwalne. Przecież ich krewni zginęli przez tych ludzi!

Można by tak jeszcze długo ciągnąć, ale na koniec ograniczę się do jeszcze jednego zaniechania państwa (prokuratury). W ogóle nie mówi się o odpowiedzialności żyjących ludzi prezydenta: Dudy, Waszczykowskiego, Sasina… Ten ostatni, jak się okazuje, pojechał tam jako „turysta” i kontaktował się z Konsulem RP,  jako wysłannik posła na sejm, Jarosława. Sasin miał psi obowiązek zajmować się wszystkimi ofiarami, a w szczególności prezydentem (co „robił’ – kontaktowanie się z Konsulem, to trochę mało) i „ludźmi prezydenta”. To samo dotyczy bezczynności pozostającego w kraju zastępcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Waszczykowskiego, który od dnia katastrofy przychodził do pracy i…, no właśnie, i co? Aż ciśnie się pod palce wystukanie: „chowa…”. Oczywiście nigdy się nie dowiemy czy moje wywody są racjonalne. Wszak państwo o to zadba.

Ciekawy jestem, co robili jeszcze przez miesiąc w pracy, pracownicy kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oprócz „sprzątania” oczywiście.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy rano rozpoczęto Dzień PiS-u słowami hymnu:

„Marsz, marsz Dąbrowski,
Z ziemi włoskiej do Polski.
Za twoim przewodem
Złączym się z narodem”.

Przecież jasne jest, że powinno być: „Marsz, marsz Kaczyński, z ziemi polskiej do Wolski…”. Że co, że się nie zgadza? Przecież oni mają wprawę w „unowocześnianiu” tekstów najważniejszych pieśni.

Święto PiS-u jest świętem smutnym, ale oni takie właśnie lubią najbardziej.

andy lighter

Nie obrażać PiS-u! PiS ma monopol na obrażanie

Skoro jedni śmieją się z innych, sami pomstując, że ktoś się z nich śmieje, uznaję, że to hipokryzja. A z okazji odejścia z PiS-u aniołeczki Ilony Klejnowskiej, znalazłem świetny satyryczny pean na cześć prezesa. Muszę go przytoczyć…:

Jarosław Kaczyński jest moim idolem.
On ojczyzny wrogów wyprowadzi w pole.
Prowadzi swą partię od klęski, do klęski,
Ma cudowny profil i jest taki męski.
Ma Jarosław wrogów , ale ma i bliskich,
Ojca Dyrektora , profesor Staniszkis…
Jarosław Kaczyński jest idolem moim,
Odkąd Go ujrzałem , st**ął mi i stoi.
Nie w głowie uciechy mu, kobiece pupy,
On ojczyznę zbawia i robi zakupy.
Wszyscy Go kochają, urody zazdroszczą .
Modlą się za Niego, śpiewają i poszczą.
Ja też Jarka kocham, na spotkanie liczę,
Na spotkanie z Jarkiem i Macierewiczem.
Mam dla nich kosz kwiatów i pieniędzy worki,

                                           Kocham Cię Jareczku, ja i całe Tworki.

Patria prezesa śle protesty, skarżąc się na występy kabareciarzy, uczłowieczających papieża, a jednocześnie poseł Girzyński śmieje się podczas programu telewizyjnego nadawanego na żywo: „Nie ma takiej liny na świecie, która wytrzymała by ciężar zawieszonego Ryszarda Kalisza, z jego parciem na szkło i jego ambicjami”.

giżyński

Jak to było w tym przedszkolu?:

– Gruby! Gruby! Grubasie…!
– Okularnik, okularnik, okularnik!
– Proszę panią! Proszę panią, a ta gruba świnia mnie przezywa!

Jakież to pisowskie… Z prawdziwą przyjemnością poprzezywałem więc, za internautą, tę bandę „świętych nietykalnych”.
Nie lubię wyzywania się. Ale jeszcze bardziej nie cierpię monopolu na przezywanie.

 

andy lighter

Tragiczny budżet

Zerwałem się nad ranem i już koniec było ze spaniem. Włączyłem tivi, żeby mi jakoś zeszło do świtu. O budżecie było. No i że tam czterysta czterdzieści miliardów Tusk wynegocjował. Największy dla nas budżet, mimo największych w historii cięć europejskich.

– Ciekawe co PiS-owcy na to – sarkastycznie rzuciła moja żona.

– Jak to co? Powiedzą, że miało być więcej i że Tusk przegrał, zaprzedał polskie interesy! – odpaliłem z głupia frant.

Nie minęła godzina, a na ekranie pojawił się euro poseł. Wojciechowski euro poseł. Jakaś powtórka była wieczornego programu.

Janusz Wojciechowski

Ten budżet jest dla Polski tragiczny! – zauważył Wojciechowski Euro poseł, sprzeciwiając się durnemu Rosatiemu – będę miał ogromny kłopot, żeby zagłosować za tym budżetem podczas obrad parlamentu europejskiego.

Wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem, aż sąsiad zastukał mi po kaloryferach.

O rany. Jak ja doskonale znam ten PiS. Jak ja wiem, co oni pomyślą, powiedzą i zrobią. To się nazywa przewidywalne ugrupowanie polityczne. Jak oni bardzo, najbardziej na świecie kochają ten kraj…

Ten budżet jest rozczarowujący dla wszystkich krajów Unii. Dokładnie dla wszystkich, oprócz… Polski. Jesteśmy jedynym krajem, który może dostać więcej, niż z poprzedniego budżetu. Wszyscy inni… tracą.

Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Czy można czegoś więcej żądać?

A wystarczyło zagłosować na PiS w ostatnich wyborach. Mielibyśmy pięćset siedemdziesiąt, albo dziewięćset, a nawet bez Kozery bilion dwieście. A tak… Tusk spartolił! Sprawę!

andy lighter

„A Niesiołowski?” – odpowiedź krzywdzonych

Na najmniejszy nawet zarzut o używanie języka nienawiści i pogardy, skierowany w stronę polityków PiS-u, na 100 procent padnie odpowiedź mogąca być pytaniem: „A Niesiołowski?”. I dalej słowotok o potrzebie zachowania proporcji w oskarżeniach, o zabójstwie w Łodzi, itd.

Otóż warto by się zająć wreszcie tymi proporcjami, bo dziennikarze niestety tego nie robią. Im to pasuje. Pasuje im wojna pisowsko-peowska, bo mają się czym zajmować w programach publicystycznych.

Do Niesiołowskiego często dokładany jest Palikot, bo przecież Palikot to taka ściema, tajna platformerska opcja w opozycji – Błaszczak szczególnie lubi podkreślać ten „cwany polityczny przekręt i zasłonę dymną dla naiwnych, wymyślony przez Donalda Tuska”. No i koniecznie Sikorski ze swoim „dożynaniem watach”.

Mamy więc w tej bezpardonowo atakującej Platformie aż cztery zjawiska. Język nienawiści Niesiołowskiego, który ostatnio swój emocjonalny język bardzo złagodził, jednorazowy wyskok (zgoda – nienawiści) Sikorskiego, okazjonalne wyskoki typu Halickiego – nie widzę w tym żadnego języka nienawiści, tylko rozsądne, bardzo niewygodne dla bratanicy prezesa, pytanie i mord łódzki. Jest jeszcze piąte – Palikot, poseł innej partii (ale kiedyś w Platformie). Inni posłowie Platformy, co by nie mówić, jak mogą – a czasem jest to niewyobrażalnie trudne, powściągają swój język.

A z drogie strony… Z drugiej strony mamy Macierewicza, który nigdy nie wypowiedział się „normalnie” o rządzie Tuska i o samym premierze i o prezydencie Komorowskim. Mamy Kaczyńskiego – podobnie jak Macierewicz, Brudzińskiego, który inaczej niż nienawistnie i pogardliwie o rządzących się nie wypowiada, Fotygę, która wręcz od świata żądała potępienia przegonienia rządu Platformy. Mamy Masłowską i Sobecką, którym polski sejm i posłowie pomylili się z siostrami w klasztorze sióstr zakonnych, łamiących śluby czystości, Mamy Artura Górskiego, rasistę i oskarżyciela Polek i Polaków o brak miłości małżeńskiej, ukaranej bezpłodnością, Mariusza Kamińskiego, partyjnego szefa służby specjalnej, czy wreszcie panią doktor habilitowaną Krystynę Pawłowicz, prostaczkę i zwykłą, prymitywną chamkę z tytułem naukowym – bezużyteczną starą, bezdzietną pannę. Tak się jakoś składa, ze o tematach wrażliwych społecznie, typu, aborcja czy związki partnerskie wypowiadają się najdobitniej albo stare baby, którym już „nic nie grozi”, albo nieprzydatne, bezdzietne stare panny, które swoją własną nieprzydatność prokreacyjną, a więc grzesząc przeciw wyżowi demograficznemu, omijają szerokim łukiem.

Zbierając tylko parę osób z tego zestawu: Macierewicz, Kaczyński, Brudziński, osamotniony i w miarę jednak umiarkowany w stosunku do powyższych Niesiołowski, jawi się jak krasnoludek, przywalony potężnym kamieniem, jak w pamiętnej rzeźbie papież Polak, papież jednak był dość duży, a i tak go przywaliło.

Mamy też Zbigniewa Ziobro, super-ministra Kaczyńskiego i tłustą Beatę Kepę, której nie podobają się inne tłuste koty w sejmie – trudniej się przecież wyróżnić w takiej masie tłuszczu, a to niesprawiedliwe. No i Jacka Kurskiego, współtwórcę mowy nienawiści PiS-u. Jego „dziadek z Wermachtu” to już klasyka. Że co? Że oni nie są z Prawa i Sprawiedliwości? Ale byli. Przecież ta cała SP to, mówiąc Błaszczakiem „„cwany polityczny przekręt i zasłonę dymną dla naiwnych, wymyślony przez prezesa Kaczyńskiego”.

Coś więc z tymi proporcjami nie gra. Tym bardzie, że nie wspomniałem o jednorazowych wyskokach Hofmana, Błaszczaka, Zielińskiego, Wiplera i innych.

Jeśli do tego dołożyć pro-pisowskich dziennikarzy, ba całe media, które oprócz języka nienawiści nie zajmują się kompletnie niczym innym, to mamy mniej więcej proporcje. Jeden jest (jak się ktoś uprze) dziennikarz jawnie anty-pisowski, może dwóch. Tomasz Lis, Waldemar Kuczyński i… próżno szukać dalej. Okazjonalnie Jarosław Kuźniar, który wali dookoła zresztą, na odlew.

Tymczasem po pisowskiej stronie mamy całą, długą listę. Od Sakiewicza począwszy, przez Radio Maryja, na Lisickim kończąc, a po drodze są inni, którzy powtarzam, niczym innym się nie zajmują oprócz udoskonalania języka nienawiści. Niektórzy chcą do tego języka podciągnąć Gazetę Wyborczą – nic z tego. Gazeta dyskredytuje działania PiS-u, to prawda, ale języka nienawiści trudno tam uświadczyć. Różnica zaś, między krytyką a językiem nienawiści jest zasadnicza i oczywista.

Kolejnym nieprawdziwym argumentem PiS-u, wysuwanym w obronie przed platformerskim językiem nienawiści jest argument: „kto wywołał tę wojnę?”. I przypominają „dożynanie watah” Sikorskiego i „politycznych karłów” Bartoszewskiego. Nic innego nie mają, więc tu umiejscawiają początek, w nadziei, że „ciemny lud to kupi”.

Warto więc przypomnieć początek, bo był on zupełnie inny. Pierwszym momentem, który ja uznałem za przekroczenie granic przyzwoitości, było „Platforma to takie pokemony polityczne”, wygłoszone przez Michała Kamińskiego w 2005. Roku. Kampania ma swoje prawa i jest ostra, ale tamto mnie poraziło po raz pierwszy. Jaka była reakcja PO? Nie było. Za chwilę był „dziadek z Wermachtu”, tym razem reakcja była mediów i oburzenie polityków, nie tylko PO. Oburzenie – nie język nienawiści. „My jesteśmy tu gdzie chcemy! Oni tam, gdzie stało ZOMO”. To też już klasyka. Czy to nie jest język nienawiści? Później w samolocie oskarżenie Jana Marii Rokity o zbrodnię, bo odważył się oskarżyć ówczesnego szefa policji o prowadzenie jakichś brudnych działań w przeszłości. Wtedy język nienawiści Platformy nie istniał. Nie było go. Jeszcze się nie urodził.

Koronnym argumentem usprawiedliwiającym „język nienawiści Polaków  skierowany do Komorowskiego i Tuska” jest wyśmiewanie i obrażanie prezydenta Kaczyńskiego. Otóż Lech Kaczyński obrażani nie był, a wyśmiewany jak najbardziej. Ale czyż nie mamy wolności słowa, o które tyle mówią politycy PiS, broniąc twórcę strony „Antykomor”? O której tyle mówią, broniąc transparentów z wypisanym językiem pogardy pod adresem najwyższych władz, na transparentach pisowskich zwolenników podczas wszelkich ich demonstracji. Czy wreszcie Lech Kaczyński nie zasłużył na słowa politowania, kłócąc się o krzesło, chcąc być w Brukseli tylko po to, żeby klapnąć Sarkozy’ego po ramieniu? Albo uczestnicząc w scenie z zamachem (przez siebie wyreżyserowanej) na granicy Gruzji. Owszem, mógł zginąć, ale czy nie przez własną głupotę? A z głupoty, oprócz przerażenia, że głupota pełni władzę, należy się śmiać.

Europoseł Ryszard Czarnecki zażądał od posła Roberta Biedronia przeprosin za użycie przez tego ostatniego języka nienawiści i oczywiście znów wyjechał z nierównością proporcji w atakach na PiS. Biedroń bowiem zapytał Czarneckiego, czy przypadkiem czegoś nie wypił przed wejściem do studia telewizyjnego. Jednak, czy można nie zadać takiego pytania, jeśli euro poseł na zadane, proste pytanie: „Czy podobają się panu słowa posłanki Pawłowicz?”, przez trzy minuty odpowiada, że „był poza Polską, a nawet poza Europą”, że „o 10. rano usłyszał komunikat GUS-u o spadku konsumpcji i wzroście bezrobocia 2012. roku”, że „Polacy potrzebują rozwoju…” i tak ok. trzy minuty. No to coś tu nie gra. Albo pijany, albo głuchy, to oczywiste nasuwające się pytania w trosce o zdrowie pana Czarneckiego.

Coś mi się zdaje panie Czarnecki, że z matematyką jest pan na bakier, nie mogąc poradzić sobie z dostrzeżeniem braku proporcji w języku nienawiści i pogardy na polskiej scenie politycznej. Ale na naukę nigdy nie jest za późno.

Świetnie spisała się drużyna PiS-u, szkoląc się na kierunku „zagadywanie, niedopuszczanie do głosu w mediach przeciwników politycznych a nawet dziennikarzy”. Szkolenie z matematyki też może by wam dobrze poszło. Może wam prezes powinien zorganizować, tym bardziej, że chcecie dyskutować o gospodarce i pieniądzach. A tam bez matematyki… nie podchodź. Bo wyjdziesz na durnia. Przy okazji i proporcje w języku nienawiści zaczniecie prawidłowo dostrzegać.

andy lighter

„Stop PiS!” na Opolszczyźnie

Już myślałem, że hasło „Tu jest Polska”, głoszone przez środowiska propisowskie, rydzykowe i nacjonalistyczne umiera śmiercią naturalną, z racji czy to potrzeby łagodzenia języka nienawiści, czy to pustosłowia tego hasła, udowadnianego na każdym kroku. Nie ma bowiem głupszego hasła niż takie, którego nie można podeprzeć żadnymi racjonalnymi argumentami. Ale nic podobnego, posłowie PiS postanowili reaktywować to hasło.

To bardzo wyraźnie pokazuje schizofrenię polityczną PiS-u, z jednej strony użalającego się na zbyt gwałtowne reakcje Platformersów na własny język nienawiści, powodujący zaostrzenie się wzajemnej nienawiści Polaków, a drugiej zaognianie tego konfliktu wszędzie tam, gdzie istnieje na to  choćby cień szansy.  Taki konflikt wzniecono ostatnio w Opolu. A właściwie próbuje się wzniecić.

17. listopada Uniwersytet Opolski zaszczycili swoją obecnością posłowie Prawa i Sprawiedliwości, wicemarszałek sejmu Marek Kuchciński i opolski poseł na sejm Sławomir Kłosowski. Ktoś z obecnych na sali zwolenników PiS rzecz jasna (bo dla nich było to spotkanie), poskarżył się, że mają tu miejsce separatystyczne dążenia Mniejszości Niemieckiej i Ruchu Autonomii Śląska. I że trzeba coś z tym zrobić, bo jeśli nie, to dojdzie do drugiego Kosowa. I że Polacy mogą czuć się tutaj zagrożeni. Widzo-słuchacze wraz z posłami wpadli na pewien pomysł, ale o tym nieco nieco niżej. A jak u nas jest naprawdę?

No cóż, RAŚ wygłaszał dwa lata temu hasła żądające autonomii, ale nikt poważny się tym zbytnio nie przejmuje. Śląsk, w tym Śląsk Opolski jest miejscem tak przemieszanym etnicznie, że „Ślązaków” jest tam chyba mniej, niż ludzi pochodzących z innych części Polski. A jeśli nie, to Ślązaków – zwolenników autonomii jest mniej na pewno. I to bardzo znacząco mniej. Z  kolei, chociaż mieszkam tu od pięćdziesięciu trzech lat nigdy nie zauważyłem, ba, nie słyszałem nawet, o jakichkolwiek separatystycznych dążeniach Mniejszości Niemieckiej na tym obszarze.

Kilka, kilkanaście lat temu istniały nieporozumienia między Mniejszością Niemiecką, a społecznością „Polską” na Opolszczyźnie. Dotyczyło to np. chęci wprowadzenia języka niemieckiego, jako obowiązującego języka obrad pewnej Rady Gminy. Albo bardzo głośne awantury w sprawie pomników (raczej pomniczków) upamiętniających poległych na tym terenie w czasie II wojny światowej niemieckich żołnierzy. Później również kłócono się o dwujęzyczne tablice z nazwami tutejszych miejscowości, gdzie MN odgrywa znaczącą rolę. Do dziś zdarzają się tarcia na linii Mniejszość Niemiecka – cała reszta, ale są to zdarzenia, kłótnie incydentalne, w mikro, nawet mini-mikro skali. Po latach okazało się, że strach miał wielkie oczy i nic złego się nie stało. Obrady prowadzi się wszędzie po polsku, pomniki upamiętniające żołnierzy niemieckich są tym ludziom, często ich krewnym, po prostu potrzebne, aby złożyć tam kwiaty i zapalić znicze, a mini konflikty zdarzają się nawet w rodzinie, a co dopiero w dwóch narodach. Tablice dwujęzyczne służą bardziej przyjezdnym zza zachodniej granicy niż mieszkańcom, chociaż do dziś zdarza się ich zamalowywanie przez polskich zamawiaczy pięciu piw.

Ludzie zobaczyli, że nic złego się nie dzieje, a zmiany „wywalczone” przez MN bardzie integrują opolszczyźnian, niż ich skłócają. Do końca lat siedemdziesiątych istniał na tym terenie wyraźny podział na „tutejszych i „przyjezdnych”. Albo inaczej, na Ślązaków i Polaków. Objawiał się on wzajemną niechęcią, nieufnością i brakiem integracji. Szczególnie w miejscach zamieszkania, w mniejszym stopniu w miejscach pracy.

Ale nieocenione, bezcenne zasługi w integrowaniu się tutejszej społeczności położył katolicki biskup diecezji opolskiej, profesor teologii Alfons Nossol. Ten niezwykle ciepły i życzliwy wszystkim ludziom duchowny, potrafił w stosunkowo krótkim czasie zintegrować obie społeczności. Dziś, ten podział praktycznie w społeczeństwie nie istnieje. Tutejsi Niemcy do „reszty” przywykli i ją zaakceptowali. Wszyscy doceniamy niezwykle ważną rolę, jaką odgrywa Mniejszość Niemiecka w rozwoju naszego regionu. Nasze miasta i miasteczka są coraz piękniejsze, nasze wsie są czyste i zadbane. Dla mnie nie ma piękniejszych wsi. Kiedy przejeżdża się przez nie latem ich uroda, domy i tarasy tonące w kwiatach, wychuchane i wypieszczone obejścia, zapierają dech w piersiach i napawają lokalną dumą. To bezdyskusyjna zasługa Mniejszości Niemieckiej. Tak samo jak doposażenie naszych szpitali, szkół, itd.

A tu przyjeżdżają pisowcy i próbują wsadzić kij w mrowisko. Na styczeń zaplanowali zorganizowanie w Opolu marszu „Tu jest Polska”. Pisowcy, rozmaici polscy neofaszyści ze Strzelec Opolskich, czy innych miasteczek, których trochę tu jest i czasem są głośni, wspomagani przez różnych Smoleńskowszczyków i inne rydzykowe kółka różańcowe z pewnością przybędą. I zobaczymy transparenty „Tu jest Polska”, „Polska dla Polaków i inne idiotyzmy.

Tak oto wygląda ten „peowski język nienawiści” według PiS-u.

„Przy każdej okazji będziemy mówili to, że nie godzimy się, by politycy PiS wywoływali kolejny konflikty, który nie jest nam potrzebny”. „Mamy wspólną historię. Jesteśmy wzorem koegzystencji, nie pozwolimy rozdrapywać ran. Mówimy:  Stop PiS!, zgodnie stwierdzają działacze opolskiego SLD, Ruchu Palikota i Mniejszości Niemieckiej.

Ja jestem z Wami!

andy lighter

Kaczyński załatwia nam budżet

Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie budżetu Unii Europejskiej i wszystko już wiadomo. Jeśli budżet unijny będzie dla Polski pomyślny, to oczywistą oczywistością będzie, że stało się tak za sprawą działań prezesa PiS-u i jego europosłów. Jeśli nie uda nam się wywalczyć tego, na co liczy choćby Donald Tusk, to jasne jest, że będzie to wina Tuska.

A tak na marginesie – Kaczyński kilkanaście razy wymieniał nazwisko Donalda Tuska, ani razu nie poprzedzając go tytułem „premier” i żaden z licznej grupy dziennikarzy nie zwrócił mu na to uwagi. Sądzę, że jeśli polityk jawnie ignoruje przysługujący premierowi Tuskowi tytuł, to psim obowiązkiem dziennikarza uważającego się za rzetelnego, jest mu na to zwrócić uwagę.

Czterech europosłów PiS-u miało w zeszłym tygodniu rozmawiać z Davidem Cameronem, premierem UK w sprawie wsparcia dążeń Polski do jak najlepszego dla niej budżetu. Ponieważ doszedł do tego list prezesa PiS do Camerona, ten poparł polskie dążenia i wsparł jak najwyższy fundusz spójności dla naszego kraju. Nie dziwi mnie to, wszyscy przecież wiemy, jaką moc ma Jarosław Kaczyński. Jego brat miał podobną i Rosjanie postawieni pod ścianą musieli go zabić.

To dobrze, że opozycja włącza się w polskie dążenia unijne, jest jednak kilka niejasności. Po pierwsze, nie ma żadnego śladu tego spotkania. Oficjalnego dokumentu, oficjalnego potwierdzenia strony brytyjskiej, itp. Co nie znaczy, że spotkanie się nie odbyło i że Cameron nie obiecał wsparcia dla Polski. Oby jednak nie okazało się, że te spotkanie i te obiecanki są picem i grzecznościowym pustosłowiem. Oficjalnie wiemy, że Cameron, póki co, nie tylko nie jest przyjacielem piętnastu „Państw-przyjaciół spójności”, ale jest ich głównym oponentem – przeciwnikiem w budżetowej grze.

Słów skierowanych przez Camerona do Kaczyńskiego: „Jesteśmy za jak największymi cięciami wydatków, ale nie kosztem krajów postkomunistycznych”, w żaden sposób nie da się obronić i Cameron doskonale o tym wie. Zresztą Kaczyński również, ale rżnie głupa. Żaden kraj z płatników netto nie zgodzi się na cięcia wyłącznie po swojej stronie. Tym bardziej, że Cameron nie chce słyszeć o likwidacji rabatu brytyjskiego, dinozaura finansowego liczącego już sobie 32 lata. Przypominam, że Margaret Thatcher wynegocjowała go w 1980 roku w celu zagospodarowania terenów i ludzi po zlikwidowanych kopalniach węgla kamiennego. Dziś, na tamtych terenach rośnie już drugie pokolenie ludzi, którzy kopalnie znają jedynie z opowiadań i książek, a rabat trwa niewzruszenie niczym fundament przeciwatomowego bunkra. Potwierdza to tylko zasadę, że raz coś przyznane, „należy się” już na zawsze. Podobnie ma się rzecz z ulgami niemieckimi na rzecz wschodnich landów, jednakże Niemcy skłonni są do ich ograniczenia, przy ograniczeniach innych beneficjentów funduszu spójności.

Cokolwiek się nie stanie PiS już szykuje sobie fotel zwycięzcy budżetowej batalii. PR-owcy pisowscy odrobili lekcje, przygotowali się i rozegrali tę partię na tyle dobrze, że ich zwolennicy będą piać z zachwytu nad talentem i charyzmą Zbawiciela, albo przeklinać i wyklinać zdrajcę i sprzedawczyka Tuska. Jakkolwiek negocjacje się potoczą, jakikolwiek będzie ich rezultat, Kaczyński w oczach swoich zwolenników nie tylko spadnie na cztery łapy, ale okaże się bohaterem.

Czyli, witaj zbliżająca się, kolejna odsłono wojny polsko-polskiej. Tym razem na froncie skuteczności (bądź nieskuteczności) działań w ramach naszego członkostwa w Unii. Kaczyński „kreuje się” na bardziej prounijnego niż premier Donald Tusk.

andy lighter