Wasalizm

Poseł Roman Kotliński z Ruchu Palikota zadał w sejmie pytanie: Czemu ma służyć hołd i taka podległość wyrażana na arenie międzynarodowej”. Odpowiedzi udzielił Janusz Cisek, w imieniu MSZ. Odpowiedzi, która z pewnością nie zadawala pytającego i mnie również nie satysfakcjonuje.

Wasza Świątobliwość,

Z wielką radością pragnę przekazać Waszej Świątobliwości w imieniu Rządu Rzeczypospolitej Polskiej oraz moim własnym najszczersze gratulacje z okazji wyboru na Tron Piotrowy. Oby pełniona przez Waszą Świątobliwość posługa przyniosła wszystkim ludziom obfite owoce duchowe oraz przyczyniła się do pomnażania dobra, miłości i pokoju.

Pragnę jednocześnie zapewnić Ojca Świętego o woli i gotowości Polski do dalszego umacniania więzi i współpracy ze Stolicą Apostolską w obronie kultury chrześcijańskiej w Europie i na świecie.

Życzę Waszej Świątobliwości wytrwałości w pełnieniu misji kierowania Kościołem Powszechnym.

Donald Tusk
Premier RP

Napisał w depeszy premier Donald Tusk (podkreślenia moje). Z całym szacunkiem do premiera polskiego rządu – jeśli nie jest to wyrażenie podległości wasala, w stosunku do lennika, to co to jest? Tym bardziej, że nawet lenna nie ma, za to inwestytura, jak najbardziej. O jakim dalszym umacnianiu więzi mówi premier? O jakiej obronie? Czy to oznacza, że będziemy wysyłać wojsko (polskie, narodowe siły zbrojne) do Pakistanu, aby broniło kościołów palonych przez muzułmanów? Albo chrześcijan fałszywie oskarżanych przez mahometan o znieważanie islamu?

Rację ma Kotliński stwierdzając, że polski premier wysłał najbardziej „poddańczy”, może raczej „wazeliniarski” list spośród wszystkich innych przywódców państw europejskich i nie tylko europejskich. Cholera jasna, a gdzie racja stanu, ja się pytam? Gdzie ta, tak głośno obtrąbiana przez Donalda Tuska właśnie, silna pozycja Polski w Europie i na świecie?

To, że „dalsze umacnianie więzi i współpracy ze Stolicą Apostolską” naszego kraju trwa widzimy na co dzień. Widzimy jak rząd zamienia Fundusz Kościelny na… no właśnie na razie nie zamienia, a potem będzie odpis od wiernych. Widzimy, jak Polska nie ma absolutnie żadnej, najmniejszej nawet korzyści z konkordatu, natomiast Kościół czerpie zeń pełnymi garściami.

Tutaj warto się zatrzymać, bo „mamy do czynienia” z bezpardonowym atakiem na Kościół. Jak wygląda ten atak? Otóż tak, że Kościół, choć czerpie pełnymi garściami z budżetu i z całej masy przyznanych przywilejów, próbuje, z sukcesami, czerpać z przywilejów nieprzyznanych, sam sobie je przyznając. Wszelki sprzeciw wobec samoprzyznawania sobie przywilejów, definiuje się w Polsce, jako „Bezpardonowe ataki na Kościół”.

walka z kościołem

Premier, pod dyktando wiernych synów Kościoła w osobie Gowina i jego popleczników zrezygnował z wysiłków usankcjonowania związków partnerskich, uznając, co jest wierutnym kłamstwem niezgodność projektów z konstytucją. Nie trzeba być konstytucjonalistą (wystarczy znać gramatykę języka polskiego), żeby to dostrzec. Zawarcie bowiem w zdaniu rzeczowników, podmiotów poprzedzielanych przecinkami oznacza ich wyliczanie, zbiór, a nie wzajemną tożsamość – równoznaczność. Nie chce mi się już nawet o krzyżach w sejmie, urzędach i szkołach (niedługo pewnie w autobusach i tramwajach będą), itd.

Czy w obliczu takich działań i takiego listu mogę przytaknąć słowom Janusza Ciska, stwierdzającego, że „Nie ma żadnych elementów poddaństwa, hołdu, ani tym bardziej potoków wazeliny” w liście, a co gorsza, w działaniu polskiego rządu? Nie mogę. Czarę goryczy przepełniają znamienne słowa Donalda Tuska w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: „Nie jestem pupilem Kościoła, ale nigdy nie dam się namówić na wojnę z Kościołem”. O jakiej wojnie mówi premier? Bóg raczy wiedzieć. Czy rozdzielenie Kościoła od państwa oznacza wojnę? Dla społeczeństwa racjonalnie myślącego, chyba nie, dla Kościoła, jak najbardziej. W oczywisty więc sposób Donald Tusk, premier, staje po stronie Kościoła, staje jako słabszy wobec silniejszego, jako wasal wobec lennika. Czasem tylko, dla niepoznaki „miarkuje” jakieś „negocjacje”, np. w sprawie Komisji Majątkowej i odpisu 0,3. Kościół, jak zwykle, zrobił (uzyskał) swoje, ale… rząd negocjował.

Gdyby tylko zastosować rzetelnie zapisy zawarte w Konkordacie, Kościół w Polsce musiałby zrezygnować z połowy przywilejów, jakie sobie przyznał, przy milczącej zgodzie władz, już po Konkordatu wprowadzeniu.

Inną sprawą jest zachowanie pary prezydenckiej podczas pobytu w Watykanie z oficjalną wizytą państwową. Wizyta jak najbardziej na miejscu, ale…, to, co pokazała pani prezydentowa, oficjalna przedstawicielka państwa polskiego, urąga wszelkiej godności. Zachowywała się jak kierowca pod wpływem, złapany przez patrol drogówki, chcący obłaskawić, udobruchać „pana władzę”. Oficjalny przedstawiciel najwyższej władzy wielkiego, europejskiego państwa tak się zachowywać nie ma prawa. Bo to urąga godności tego państwa obywateli. W czasie prywatnej wizyty, albo podczas prywatnej audiencji może się zachowywać jak chce, chociaż też nie powinna, bo żoną prezydenta państwa jest przez całą dobę.

para prezydencka w watykanie

Ciekawe w ilu krajach Europy, w dziele tworzenia konstytucji brał walny udział Kościół. Brał udział wpływając, czasem bezwzględnie, na tej konstytucji kształt. Sądzę, że to jest możliwe tylko w Polsce, może w Irlandii, nie wiem i na Cyprze, gdzie pierwszym prezydentem był biskup Makarios. Ten święty Kościół z łatwością to robił, bo zawsze miał bata na władzę – szantaż. Iście katolicką cechę. Wszak słowa „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego Bogu”, nie wypowiedział Jezus do chciwych faryzeuszy, tylko frajer jakiś, palant, rzucił sobie z głupoty. A nasi (i nie tylko nasi) duchowni palantów nie słuchają.

W obliczu takich działań premiera Tuska, prezydenta i w ogóle władz, nie ma się co łudzić, że dożyjemy kiedyś czasów świeckiego państwa. Tusk i Komorowski to nie Piłsudski, nie rząd II RP, który z Kościołem poradził sobie, choć społeczeństwo było znacznie bardziej religijne niż dziś.

andy lighter

Łatwe opozycyjne rozwiązania

Od długiego już czasu rząd Platformy Obywatelskie nie jest „moim” rządem. I w moich oczach nie zasługuje na „obronę bez względu…” .Zbyt dużo widzę zaniechań, zbyt dużo „partyzantki”, zbyt dużo pychy, żebym bezrefleksyjnie ten rząd popierał. Przychodzi mi jednak, tak jak dzisiaj, tego rządu bronić.

Włodzimierz Czarzasty, skądinąd lubiany przeze mnie polityk z powodu nieprzeciętnej inteligencji, popisał się dzisiaj partyjna retoryką nie do przyjęcia. Lubię Czarzastego wtedy, kiedy mówi sam za siebie, sam od siebie. Wtedy naprawdę, moim zdanie, można wspiąć się na intelektualne wyżyny. Kompletnie odwrotnie jest, kiedy mówi „głosem swoje partii”, który to gło, znów – moim zdaniem, jego oryginalnym głosem nie jest. To takie „karaoke” polityczne, czyli podkładanie głosu pod lecącą, puszczoną przez „ważniejszego” didżeja muzykę.

czarzasty

Oto Włodzimierz Czarzasty krytykuje Platformę, a właściwie Tuska i Rostowskiego, za rosnące bezrobocie, mogące wzrosnąć (rzeczywiście) do rozmiaru 14 % w tym roku. I ma prostą receptę: prorozwojowa polityka gospodarcza. „Bez 5 % wzrostu nie zmniejszymy bezrobocia, a wy nie prowadzicie prorozwojowej polityki gospodarczej”.

Rzeczywiście, odkrycie godne Kolumba. „Byliśmy zieloną wyspą dzięki środkom z Unii Europejskiej”. To prawda, ale co to za zarzut? To dobrze, że byliśmy zieloną wyspą i że dostawaliśmy (dostajemy) środki z Unii Europejskiej. Bez tych środków nie tylko nie bylibyśmy zieloną…, ale bylibyśmy w czarnej d***e. A już wyrzut, że bez 5.% wzrostu nie zmniejszymy znacząco bezrobocia jest… komiczny (napisało mi się „komiczny”, chociaż chciałem „kosmiczny”, ale ten napisany też pasuje).

Pojęcie „kryzys” dla polityków opozycji jest kompletnie abstrakcyjne. Również dla „partyjnego” Włodzimierza Czarzastego, wpisującego się w chór krytyków Tuska, razem z PiS-em i Ziobrystami. Dla nich 0,7 % wzrostu w Niemczech i podobna prawie stagnacja w innych krajach Unii nie ma kompletnie znaczenia dla Polski, która powinna być krainą mlekiem i miodem płynącą. Dla nich nie ma najmniejszego znaczenia, że kryzys w Unii przekłada się bezpośrednio na eksport i import naszej gospodarki, naszych przedsiębiorstw, a więc pracodawców i pracowników. Oni, mimo to „wytworzyli by” krainę mlekiem i miodem…

Jasne jest, że Platforma, z Tuskiem rzecz jasna jako premierem, robi niewybaczalne błędy. Biutrokracja paraliżująca powstawanie nowych firm – miało być jedno okienko, minęło tyle czasu, ze można było zorganizować system informatyczny, który by to umożliwił, to jeden przykład. Jest ich wiele. Platforma, z gorliwością godną większej sprawy, zamyka się na wszelkie projekty ustaw, w tym gospodarczych, opozycji. Co opozycja pokaże jakiś sensowny projekt, Platforma stopuje, bo mus napisać projekt własny – oczywiście „lepszy”. Czas leci, powstaje gniot, dalej przepychanki i projekt upada, albo wchodzi „okaleczony” i tak durny, peowski. Nie przypominam sobie projektu opozycji, który poszedłby pod obrady sejmu bez kontrprojektu Platformy. To jest arcyszkodliwy, jedynie słuszny monopol ustawodawczy. Jeśli mnie pamięć nie myli, nawet Kaczyński nie był aż tak pazerny na wyłączność. Wyrzucenie „projektu gospodarczego dla małych i średnich firm” do kosza po krótkim gosowaniu bez skierowania do komisji, jest tego przykładem. Można się z tym projektem nie zgadzać, zapewne z różnymi jego założeniami, ale to „złotodajna kopalnia” pomysłów. Można go było prześwietlić, przesiać, jak piasek w złotodajnej rzece i kilka ziarenek może by się uzbierało. Czuję, a jest to przekonanie graniczące z pewnością, ze po głosowaniu Platforma zaczęła „pisać” własny „projekt dla małych i średnich firm”. Więc może za dwa, dwa i pół roku (bo pisanie to ciężka praca jest, szczególnie jak trzeba coś wymyślić), jakieś kalectwo się urodzi.

Jasne jednak jest też, że żadne SLD Czarzastego, czy Cymańska SP i Kaczyński PiS nie zaczarują rzeczywistości i zmniejszenia bezrobocia i znacznego wzrostu gospodarczego, bez wzrostu w innych krajach Unii (również Chin i innych krajów Dalekiego Wschodu) nie sprawiliby gdyby dziś rządzili. To kryzys globalny i polska gospodarka „nie ma prawa” się szybko rozwijać, bo jest to fizycznie niemożliwe – uwarunkowania to uniemożliwiają.

Wszelka więc krytyka i przeciwstawianie jej bogatej dziś Polski jest i póki kryzys rządzi pozostanie, czystym populizmem.

_____

Muszę jeszcze zająć słów kilka o Romaszewskim i „zadośćuczynieniu” razem z odszkodowaniem (i nie tylko o tym).

Michał Szułdrzyńki z Rzepy i Paweł Lisicki z… zapomniałem, bo jeszcze „nie ma”, uważają, że Romaszewski słusznie dostał zadośćuczynienie, bo walczył z PRL-em. A to, że zarabiał, jako senator tłumaczą faktem „ciężkiej pracy Romaszewskiego z parlamencie”. Zapomnieli tylko dodać, ze gdyby nie Wałęsa i 10 min ludzi, nie zarabiałby za „ciężką pracę w parlamencie” takic pieniędzy, jakie zarabiał, a zarabiał by o wiele mniej, obijając się jako szeregowy doktorek w jakim instytucie fizyki. Czterdziestokilkuletni, świeżo upieczony doktor nie miałby szans na jakieś amerykańskie stypendia i lukratywne stanowiska. Czterdziestokilkuletni profesor, jak najbardziej (Romaszewski nie jest profesorem i nigdy nie był). Inna kwestią jest fakt, że sąd „z automatu” przewalutowuje” miesiąc odsiadki kombatanta na dziesięciotysięczny zarobek. Tzn., że każdy opozycjonista obligatoryjnie dostanie zadośćuczynienie  10 tys. za miesiąc odsiadki. Podobnie jak Romaszewskiego, podliczono np. Adama Słomkę. To dużo, ciekawy jestem ilu z nich (np. czy Romaszewski, albo Słomka) zarabiało dwie i pół średniej kraowej przez zamknięciem, albo czy mieli szansę tyle zarabiać po zamknięciu. To dziwne o tyle, że skazanemu niesłusznie za zabójstwo, po dwuletnie odsiadce, „przewalutowuje” się dzień  puchy = 50 PLN. Na miesiąc wychodzi 1500 złociszy, no, czasem, jak sędzia ma dobry humor, wyjdzie nawet dwa tysiące.

Cezary Gmyz zlustrował sędziego Igora Tuleje i wykrył, że jego matka była w SB (przez rok), co dyskredytuje go, jako sędziego, bo lewactwo (i esbecję) wyssał z mlekiem matki. Z niecierpliwością czeka na zlustrowanie przez Cezarego Gmyza prezesa Jarosława Kaczyńskiego, jako syna gorliwego wykonawcy zleceń i pracownika komunistów( (bierutowskich, a więc tych z najmroczniejszych czasów) i zdyskredytowania go, jako głosiciela narodowosocjalistycznych (nie mylić – na wszelki wypadek – z faszystowskimi) poglądów. Wszak Cezary Gmyz dziennikarzem niezależnym jest, a niezależny charakteryzuje się tym, że nie patrzy tylko w lewo, albo tylko w prawo czy przed siebie, ale „dookoła”. Do dzieła panie redaktorze, wszak lustratorzy IPN, w przeciwieństwie do „innych klientów”, którzy czekają długie miesiące (i lata), na pańskie wezwanie lustrują „od ręki”, poza kolejnością, czyli, jak to się kiedyś mawiało „na wczoraj”.

andy lighter

Odpowiedzialność

Usłyszałem dzisiaj słowa Andrzeja Grabowskiego, przez niektórych nazywanego „Kiepskim”, choć ja i „Kiepskiego”-Grabowskiego  cenię bardzo wysoko, które jak na tacy podają, że w Polsce można wszystko… powiedzieć.

No bo jeśli ktoś oskarża premiera o zamach,  a premier chodzi na wolności, i jeżeli oskarżyciel nie musi udowodnić oskarżenia, a oskarżony nie żąda przeprosin, to za co w tym kraju można „odpowiadać”? Za nic…, chyba.

Nie było w historii Polski cięższego oskarżenia, niż oskarżenie Tuska przez Kaczyńskiego o winę za śmierć 96. osób. Nie było też braku jakiejkolwiek sensownej reakcji, wobec tak haniebnego oskarżenia, jeśli jest haniebne.

Więc po co my się w ogóle przejmujemy problemem „mowy nienawiści”? Przecież problemu nie ma. Chyba mamy prawo powiedzieć wszystko i oczekiwać braku jakiejkolwiek reakcji. Jeśli za takie „armaty” nikt nie poszedł siedzieć, ani Tusk, ani Kaczyński, to nasze blogowe „trzymanie się standardów”, bo nie wypada za ostro pisać, to maleńki Pikuś.

To się nazywa „pozwolenie na jazdę bez trzymanki”. Albo nazywa się też „ryba psuje się od głowy”. Ja jestem „od głowy” daleko, więc wszystkie „strachy” mogą mi skoczyć. Niech mi który spróbuje zagrozić jakimś sądem o „obrazę uczuć…”, albo inne zniesławienie. Pokazałbym taki „przykład”, że wolno!, że nikt by mnie nie ruszył.

Szkoda mi się trochę zrobiło tego studenta, co to strzelarkę do Komorowskiego sobie zrobił w internecie. Po takich potężnych przykładach na „wszystko wolno”, powinni go przeprosić i wypłacić odszkodowanie.

andy lighter

Młoda dziewczyna i gospodarka

 Z zapartym tchem czekaliśmy na tekę wicepremiera z PSL. Czy będzie „gospodarzem”, czy tylko „politrukiem”.

Okazało się, że będzie „gospodarzem”, ale tylko i wyłącznie z powodu „na chybił trafił” wypowiedzianego przez córkę pana Piechocińskiego. Czyli los naszej gospodarki okazał się zależny od… prośby córki wicepremiera.

No to fajnie. Wszystkie wróble na wszystkich europejskich (i nie tylko) drzewach, ćwierkają, że czeka Polskę potwornie trudny czas. Bo „zielone” się kończy i trzeba naprawdę kogoś „z jajami”, żeby jakoś tam było. A tu… kuku: minister gospodarki z rekomendacją młodej dziewczyny, która mówi: „Papciu, no, skoro cie wybrali to weź to ministerstwo”. Bo te 4, albo 6 procent więcej na ciebie nie zagłosuje i wygra ten cholerny Pawlak, i znów będzie prezesem”.

Jakkolwiek Pawlaka nie lubię, bo medialnie jest… żałosny, to  jako „gospodarz” sprawdzał się jak nikt. To on zrobił to, co musiał, czyli podpisał haniebną umowę  na dostawę gazu z Rosją, ale jednocześnie to on sprawił, że „Podpisałem, bo nie miałem wyjścia, ale i tak postawię na swoim”, i dziś mamy cenę gazu zupełnie przyzwoitą. A poza tym, Rosjanie musza nam oddać „nadwyżkę” zapłaconą od półtora roku. Znał się Pawlak na rzeczy, bo i się znał i chciał. Piechociński się zna, na infrastrukturze, a więc na gospodarce też, ale… nie chciał. Jakoś mu nie zależało, a teraz córka go poprosiła i zacznie mu zależeć.

Nie podoba mi się to, szczególnie, że czas jest (będzie) trudny. Dziwię się też premierowi Tuskowi, który widząc przecież co się dzieje, powinien powiedzieć: „Janusz, nie chcesz, to masz tu »bez teki«, byłeś się nie wpieprzał, bo jest trudny czas”.  Premier postanowił inaczej, zupełnie jakby mu… na gospodarce nie zależało.

Polityka polityką, ale jest jeszcze Polska. Może Tusk powinien powiedzieć Piechocińskiemu, że los państwa od „prośby córki” nie zależy.

andy lighter

Kaczyński załatwia nam budżet

Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie budżetu Unii Europejskiej i wszystko już wiadomo. Jeśli budżet unijny będzie dla Polski pomyślny, to oczywistą oczywistością będzie, że stało się tak za sprawą działań prezesa PiS-u i jego europosłów. Jeśli nie uda nam się wywalczyć tego, na co liczy choćby Donald Tusk, to jasne jest, że będzie to wina Tuska.

A tak na marginesie – Kaczyński kilkanaście razy wymieniał nazwisko Donalda Tuska, ani razu nie poprzedzając go tytułem „premier” i żaden z licznej grupy dziennikarzy nie zwrócił mu na to uwagi. Sądzę, że jeśli polityk jawnie ignoruje przysługujący premierowi Tuskowi tytuł, to psim obowiązkiem dziennikarza uważającego się za rzetelnego, jest mu na to zwrócić uwagę.

Czterech europosłów PiS-u miało w zeszłym tygodniu rozmawiać z Davidem Cameronem, premierem UK w sprawie wsparcia dążeń Polski do jak najlepszego dla niej budżetu. Ponieważ doszedł do tego list prezesa PiS do Camerona, ten poparł polskie dążenia i wsparł jak najwyższy fundusz spójności dla naszego kraju. Nie dziwi mnie to, wszyscy przecież wiemy, jaką moc ma Jarosław Kaczyński. Jego brat miał podobną i Rosjanie postawieni pod ścianą musieli go zabić.

To dobrze, że opozycja włącza się w polskie dążenia unijne, jest jednak kilka niejasności. Po pierwsze, nie ma żadnego śladu tego spotkania. Oficjalnego dokumentu, oficjalnego potwierdzenia strony brytyjskiej, itp. Co nie znaczy, że spotkanie się nie odbyło i że Cameron nie obiecał wsparcia dla Polski. Oby jednak nie okazało się, że te spotkanie i te obiecanki są picem i grzecznościowym pustosłowiem. Oficjalnie wiemy, że Cameron, póki co, nie tylko nie jest przyjacielem piętnastu „Państw-przyjaciół spójności”, ale jest ich głównym oponentem – przeciwnikiem w budżetowej grze.

Słów skierowanych przez Camerona do Kaczyńskiego: „Jesteśmy za jak największymi cięciami wydatków, ale nie kosztem krajów postkomunistycznych”, w żaden sposób nie da się obronić i Cameron doskonale o tym wie. Zresztą Kaczyński również, ale rżnie głupa. Żaden kraj z płatników netto nie zgodzi się na cięcia wyłącznie po swojej stronie. Tym bardziej, że Cameron nie chce słyszeć o likwidacji rabatu brytyjskiego, dinozaura finansowego liczącego już sobie 32 lata. Przypominam, że Margaret Thatcher wynegocjowała go w 1980 roku w celu zagospodarowania terenów i ludzi po zlikwidowanych kopalniach węgla kamiennego. Dziś, na tamtych terenach rośnie już drugie pokolenie ludzi, którzy kopalnie znają jedynie z opowiadań i książek, a rabat trwa niewzruszenie niczym fundament przeciwatomowego bunkra. Potwierdza to tylko zasadę, że raz coś przyznane, „należy się” już na zawsze. Podobnie ma się rzecz z ulgami niemieckimi na rzecz wschodnich landów, jednakże Niemcy skłonni są do ich ograniczenia, przy ograniczeniach innych beneficjentów funduszu spójności.

Cokolwiek się nie stanie PiS już szykuje sobie fotel zwycięzcy budżetowej batalii. PR-owcy pisowscy odrobili lekcje, przygotowali się i rozegrali tę partię na tyle dobrze, że ich zwolennicy będą piać z zachwytu nad talentem i charyzmą Zbawiciela, albo przeklinać i wyklinać zdrajcę i sprzedawczyka Tuska. Jakkolwiek negocjacje się potoczą, jakikolwiek będzie ich rezultat, Kaczyński w oczach swoich zwolenników nie tylko spadnie na cztery łapy, ale okaże się bohaterem.

Czyli, witaj zbliżająca się, kolejna odsłono wojny polsko-polskiej. Tym razem na froncie skuteczności (bądź nieskuteczności) działań w ramach naszego członkostwa w Unii. Kaczyński „kreuje się” na bardziej prounijnego niż premier Donald Tusk.

andy lighter

Budżet i znaki zapytania

Mamy więc na tapecie budżet na przyszły rok. Mnożą się obietnice łagodnego przebrnięcia przez kryzys, bardzo ostrożnego wzrostu, ale i tak najwyższego w Europie, ale mnożą się też pytania, wątpliwości.

Od kilku lat nie mogę się określić mianem przyjaciela rządu Donalda Tuska. Ale też nie mogę i nie chcę zresztą określić się jako przeciwnik, wróg tego rządu. Przedstawiając założenia budżetu, minister Rostowski uspokaja, obiecuje i daje nadzieje. Jednak jeśli wsłuchać się w głosy malkontentów, i nie mam tu na myśli durnych populistów, tylko ludzi mówiących „do rzeczy”, i im nie sposób odmówić racji. Liczby Rostowskiego uspokajają, dają jakąś nadzieję – damy radę. Ale czy ci, którzy twierdzą, że „skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle”, to durnie, analfabeci i „wichrzyciele”? Mam wątpliwości, coraz więcej wątpliwości. Oczywiście nie oznacza to, że jestem zwolennikiem ośrodków pomocy społecznej, jako głównego polskiego „wypłacacza” pieniędzy Polakom, jednak ignorowanie problemu jest… (chyba) nieuczciwe, a przynajmniej nie całkiem.

Faktem jest, że wskaźniki ekonomiczne Polski idą w górę. Faktem jest, że nasza sytuacja, w związku z tym wygląda dobrze na tle innych krajów, choćby krajów Unii. Ale przecież faktem też jest, że bieda w Polsce aż piszczy i biedą, a nawet ubóstwem dotkniętych jest potężna rzesza obywateli naszego kraju. Faktem też wydaje się być to, że wiele działań bezinwestycyjnych, albo inwestycyjnych, które zwróciłyby się dość szybko, znacząco ułatwiłyby życie wielu ludziom. Chociażby bezgotówkowy przepływ pieniędzy tam, gdzie to tylko się da. To taki przykład, jego wadą jest to, że może sprawić oszczędność kilku(dziesięciu) milionów złotych. Zbyt mało, żeby się tym zajmować, ale czy na pewno? Czy nasze władze nie powinny pochylić się nad starym jak świat powiedzeniem „Ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka”? Kilka takich usprawnień, ułatwień, a zbierze się miliard, jeszcze kilka i kolejne dwa miliardy, itd., itp. Korzyść i finansowa, dla budżetu i egzystencjalna, sprzyjająca działaniu tych, którym chciałoby się chcieć.

Od długiego już czasu domagam się poprawienia, a właściwie uruchomienia komunikacji na linii rząd – społeczeństwo. Uważam, że to jedyna metoda, pozwalająca na uwierzenie, albo przynajmniej zrozumienie działań rządu, Donalda Tuska, ministra Rostowskiego i całego rządu. Przypominam sobie debatę ekonomistów zorganizowaną przez PiS. To była naprawdę znakomita pigułka ekonomii dla ciekawskiego słuchacza. Nie mogę zrozumieć, dlaczego rząd, minister Rostowski i jego urzędnicy nie „uczą” Polaków ekonomii.

Ekonomia to trudna dziedzina, ale nie wyobrażam sobie, żeby „nauczyciel” mający szczere zamiary nie potrafił, jeśli zechce nauczyć ekonomii „łopatą”. Nie po profesorsku, nie po naukowemu, tylko zwyczajnie: mozolnie, cierpliwie, systematycznie, powoli tłumaczyć Polakom, z czym to się je, co się dzieje i dlaczego tak, a nie inaczej rząd chce działać. Czyli pokazać ekonomię i filozofię swojego działania.

Filozofię mógłbym kupić, albo nie, mógłbym mieć inną, np. nie być liberałem, mogę być przeciwnikiem podatków jak Korwin-Mikke, mogę marzyć o komunistycznych kibucach, żeby wszystkim po równo, ale jedno jest pewne – z całą pewnością, z czasem, byłbym troszeczkę, odrobinę rozjaśniony w tej ekonomicznej „czarnej magii”.

Kiedyś, jeszcze za komuny, a dokładnie za czasów ministra Kwiatkowskiego, tego od „chrupiących bułeczek” i ministra Wilczka, pierwszego kapitalisty w socjalistycznym rządzie PRL-u, w socjalistycznej telewizji puszczany był taki jeden programik. Była to kreskówka węgierska o podstawach ekonomii właśnie. Taki sobie rysunkowy chłopek, nie pamiętam, ale chyba Ludwik mu było, zmagał się z ekonomią, poznawał ją i rozbierał na czynniki pierwsze. Węgry w tamtym czasie były najlepiej rozwiniętym krajem z bloku demoludów i najbliżej im było do krajów „Zachodu”. Polacy, Czesi, Rosjanie z zazdrością patrzyły jak socjalistyczne Węgry się liberalizują. I tak sobie myślę, co by się stało, gdyby jakaś telewizja, publiczna np., produkowała takie kreskówki edukacyjne, a raczej znakomicie edukujące.

Ekonomia się zmieniła, warunki w Europie i na świecie też, ale tym bardziej warto by ludzi uświadamiać. Wolałbym poświęcić czas na dwa odcinki „Ludwika”, niż pół godziny na „Modę na sukces”, albo Inny „Klan”. Ponieważ tych dwóch ostatnich nie oglądam, siedzę przed komputerem, piję jakieś piwo, albo inaczej „marnuję czas”. Marnuję, bo nic nowego, wartościowego, nie włożyłem do głowy.

I wreszcie ostatni argument przemawiający za tłumaczeniem, wyjaśnianiem, nauczaniem: byłyby te działania znakomitym narzędziem zwalczającym, no, może dyskredytującym i czyniącym niepoważnym, populizm. Gra, moim zdaniem jest warta świeczki Różnice, jak najbardziej możliwe, ale szczerość, transparentność i otwartość – bezcenne. Bo wobec takich argumentów, nawet najbardziej zagorzały wróg zastanowiłby się kilka razy, zanim… rzuciłby kamień.

andy lighter

Mgła, Nicniemogętusk i GPC

Straszna rzecz się stała dzisiejszej nocy, a nawet dnia po niej. Mgła owładnęła Rzeczpospolitą i samoloty nie mogły startować (i lądować) z polskich lotnisk. Większość pasażerów przyjęła to w miarę spokojnie, w końcu mgła – siła wyższa i trzeba przeczekać. Byli jednak tacy, którzy narzekali na chaos informacyjny, czyli… władze lotniska nie poinformowały pasażerów, kiedy będzie koniec mgły. Żenada! Kompletna nierzetelność! Jak można tak traktować pasażerów!? Jak można nie powiadomić ich o planowanym zakończeniu mgły!?

Ale nie brakowało też takich, którzy nie mogli wyjść ze zdziwienia, że… jest mgła! W XXI wieku, w środku Europy jest mgła i władze (czyt.: Tusk), nic z tym nie robią! Gdyby rządził prezes Kaczyński, o żadnej mgle nie mogło by być mowy. Nie mogę zrozumieć, dlaczego jeszcze (a jest już po południu) żaden rzecznik pisowski nie zabrał głosu w tej sprawie. Ale idę o zakład, że ktoś z nich się w tej sprawie wychyli.

W niedzielę dopuściłem się grzechu ciężkiego – kupiłem Gazetę Polską Codziennie. Jak zwykle idąc po (wstyd przyznać) papierosy do zaprzyjaźnionego saloniku prasowego, po otwarciu drzwi „wpadłem” na GPC i Nasz Dziennik. Codziennie, chodzę tam od lat i nigdy przedtem GPC i ND nie zauważyłem. Albo więc zmieniła się opcja salonikowa, albo opcja sprzedawczyni, dość, że sakiewiczowe periodyki krzyczały „Kup mnie! Kup!!! Mój fejsbukowy kolega, Paweł Pisaniecki codziennie odnajduje co fajniejsze „kwiatki” z GPC i ND i opisuje swoje wrażenia z lektury. Pomyślałem: „Paweł czyta i… żyje, może mnie też nic nie będzie”, i kupiłem. Jednak do Pawła mi daleko, nie mam tak mocnych nerwów. Otwieram Gazetę Codziennie i… Anita Gargas mówi mi, że „dożynają dosłownie”, wracając do szaleńca z Łodzi, który niczego Platformy nie nauczył – jeszcze nie padła PO na twarz przed prezesem, a dawno powinna.  Aż trójka autorów, z szefem Tomaszem Sakiewiczem, pokazują oczywistą prawdę o zdjęciowej zemście za ekshumacje: zachciało wam się ekshumacji, to macie zdjęcia takie, że was poprzewraca! Ot co!

Przewracam następną stronę – nudy, tylko coś o tym szaleńcu z Łodzi, mandacie za krzyż i takie tam… nudy. Kolejna strona, to samo, i kolejna. Ale potem… deser! Terlikowski!!! Już się zabierałem do czytania, już zęby naostrzyłem, ale po przeczytaniu zajawki, chwila zastanowienia, …, …, nie! Bezpieczeństwo najważniejsze jest i już. No bo co można przeczytać w tekscie, który zaczyna się tak: „Nic nowego pod słońcem chciałoby się powiedzieć, o metodach niszczenia Kościoła, czyli jedynego autorytetu, który bez (większego) szwanku wychodzi z dziejowych burz. I który jest dziś najsilniejszą instytucją, która chroni polską wspólnotę (podkreślenie moje, bo ciekawe). Jeśli tak się zaczyna artykuł, to nie mogę go przeczytać, chorowity w końcu jestem i nigdy nie wiadomo jak by się to czytanie skończyło. Bo przecież wiem od dawna, że wychodził z burz, oczywiście, ale dlatego, że trzymał ludzi za mordę i od dawna wiem, że chroni, ale nie kościół wspólnotę, tylko wspólnota kościół, a to zasadnicza różnica.

Sąsiednia strona, a tam jeszcze lepiej – profesor Krasnodębski!!! Już miałem zacząć czytać, ale żona wyrwała mi gazetę, dostrzegłszy objawy stan przedzawałowego. Zdążyła, dzięki bogu i nic mi się nie stało. Z tytułu wyglądało na to, że Polacy oczekują na zmianę (obstawiam w ciemno, że na zmianę rządu, oczywiście).

I jeszcze Tomaszewski. Chyba chłop nie zagrzeje miejsca w PiS-ie, bo pierwszy raz w pisowskiej karierze nie atakuje rządu i Muchy, a jedynie Latę. Latę, to oczywista oczywistość, ale żeby na rząd Tuska nie jechać, to się nie godzi. Szkoda mi go, pewnie znowu będzie zawieszony, i napisze podanie do prezesa z przeprosinami i zapewnieniami : ”Jestem durniem Panie Prezesie – przepraszam, będę grzeczny”.

Już zacząłem żałować wydanych złotych osiemdziesiąt, ale znalazłem wspaniałego newsa na osłodę: „Palikot się panicznie boi” (!!!) No, nareszcie coś… ekstra. Poseł Palikot jest podobno tak potwornie przestraszony, że ledwo żyje. Agenci specjalni Gazety Polskiej Codziennie, będący w ścisłym, najbliższym otoczeniu posła Janusza Palikota, informują, że Janusz Palikot jest śmiertelnie przestraszony. Jednak nie mają pojęcia co jest powodem jego lęku, ponieważ poseł Palikot nie pije alkoholu w towarzystwie i w związku z tym język mu się nie rozwiązuje. I jest problem, cholera, nie ma jak go rozpracować.

Pan poseł Palikot powinien dokładnie rozejrzeć się po swoim środowisku. W końcu powinien wykryć agentów GPC. Ja stawiam na agenta Biedronia. I agentkę Grodzką. A Wy?

_____

Przepraszam Panią Grodzką i Pana Biedronia. To żart, mam nadzieję, że się nie obrażą.

andy lighter